jak to nadrabiałam zaległości…

wczorajszy dzień upłynął mi pod znakiem nadrabiania zaległości towarzyskich… nadrabianie nastąpiło w Krakowie… a więc 100 km miałam do pokonania, a że ja niemobilna (w sensie nie prowadzę sama samochodu) to musiałam liczyć na komunikację publiczną… jak więc łatwo sobie wyobrazić – dwie godziny spotkania i pół dnia spędzam w autobusie…

dziecię zostawiłam nakarmione i uśpione tatusiowi… a sama wyruszyłam w samotną podróż… w torbie aparat, zaległe prezenty podziękowaniowo-urodzinowe, gazeta i ahoj przygodo! wychodząc z domu nawet nie zdawałam sobie sprawy jaki ciężki dzień przede mną…

upał straszny, u nas wśród zieleni nie odczuwany AŻ TAK, ale w autobusie, a później w nagrzanym Krakowie dający się we znaki straszliwie… ale nic to, myślę sobie, wszak mamy lato, niech więc będzie ciepło…

do spotkania doszło w DYNI – bardzo lubię to miejsce… wygląd knajpki bardzo po mojemu, jedzonko pyszne, a wspomnień z tym miejscem też mam wiele… w czasie studiów często tam bywałam, tam też często odbywały się pierwsze nasze „krakowskie” randki z mym mężem wtedy jeszcze nie-mężem, który nawet do tego miana nie pretendował ;) no i co dla mnie istotne w tym momencie – to miejsce przyjazne dzieciom i przy okazji bycia w Krakowie z małą Po na pewno ją tam zabiorę…

kilka fotek wrzucam, tak raczej żeby wiadomo było o czym mówię, bo klimatu tego miejsca i tak nie oddam

ta ściana z cegieł zachwyca mnie za każdym razem… cu-do-wna :D

spotkanie miłe, obdarowane chyba zadowolone (co dostały – pokażę, bo już teraz mogę), szkoda tylko, że ja musiałam tak szybko wracać… chciałam być na 19 w domu, żeby Po zasnęła razem z mamą… niestety nie udało się…

mój pech związany z podróżami autobusem jest powszechnie znany, zawsze, powtarzam ZAWSZE!!! mam jakieś przygody, które innych jakoś się nie imają… a to zepsuty silnik, a to hamulec, a to autobus się zapali, a to podróżni jacyś mocno uciążliwi… tym razem – padło na silnik :) autobus  zepsuty, trzeba było czekać na sprawny, oczywiście to nie tak hop siup, więc podróż zamiast trwać 2 godziny, trwała ponad 3 :/ staliśmy na rozgrzanej zakopiance ponad godzinę w palącym słońcu ;) można sobie wyobrazić jakaż to była przyjemna podróż…

wróciłam, padnięta, dziecko usypia tatusia, pies uciekł (ucieczki pasa to temat na innego posta), mieszkanie w stanie totalnej demolki, witaj piękny wieczorze po pięknym dniu ;)

postanowiłam wczoraj uroczyście, że sama więcej nigdzie się nie ruszam…

dziś jest jednak już nowy piękny dzień, więc nastawiona do życia jestem bardziej optymistycznie ;)
Pozdrawiam ;)

Advertisements
jak to nadrabiałam zaległości…

4 uwagi do wpisu “jak to nadrabiałam zaległości…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s