małe-wielkie gotowanie.

Wpis tak zaległy, że aż wstyd, ale co tam – w końcu mogę powiedzieć, że kuchnia Małej Po jest gotowa w 99%. Tworzenie jej zaczynaliśmy przed urodzinami Po, kiedy to cudnie za oknami sypał śnieżek ;) Po drodze napotkaliśmy na kilka przeszkód, o których nawet pisać szkoda… Kiedy kuchnia nabierała odpowiednich kształtów, a ja postanowiłam ją „dopieścić” – Mała Po wkroczyła do akcji. Z tym, że akcja jej polegała na ulepszeniu jej po swojemu… tym oto sposobem – trzeba było jeszcze raz malować, czekać aż wyschnie i od początku zacząć dopracowywanie szczegółów…
W każdym razie wczorajszy dzień obudził we mnie niespotykane pokłady weny twórczej, więc ochoczo wzięłam się do pracy – skończyłam nie tylko kuchnię Małej Po, ale też inne kuchenne projekty, o których wkrótce…

Efekt mnie zadowala całkowicie – brak plastikowej pstrokacizny, niewielkie gabaryty, piekarnik z otwieranymi drzwiczkami oraz mozaikowa ścianka  – o to mi chodziło i to mamy! specjalnie pisze mamy, bo kuchnią bawi się każdy, kto do nas przyjdzie, każdego porywa do gotowania, pichcenia i mieszania w garach… a ja już mam kolejne pomysły jak ją jeszcze ulepszyć! jak tylko stanie w docelowym miejscu na pewno jeszcze o niej napiszę ;) wszak tyle godzin pracy pochłonęła, że tak łatwo o niej nie zapomnę ;)

1

2

3

4

5

7

8

7

małe-wielkie gotowanie.

buszująca w zbożu.

Ostatnie, mocno ciepłe dni  sprawiły, że mój poziom energii i chęci do działania był prawie równy zeru… ani basen, ani kawa mrożona, ani wiatrak – nic nie było w stanie przywrócić mnie do życia jakie zwykłam prowadzić, czyli życia na pełnych obrotach… za to Po nic sobie z upałów nie robiła. Ona nadal miała siłę na wszystko, a nawet na wszystko i trochę więcej… cóż więc było czynić? a no zająć jakoś małą Po w domu, póki na taras wyjść się nie dało, bo słońce zbyt mocno na nim operowało ( no tak! mieszkanie z okami wystawionymi na południe też ma swoje minusy)… czyli malowani, kredki, farby, stempelki, gry, puzzle, gotowanie obiadów dla całej armii królików, itp. itd…

a kiedy słońce zaczynało się chylić ku zachodowi wybieraliśmy się na wycieczki mniejsze i większe… jedna z tych mniejszych poniżej! nawet nie przypuszczałam, że Po tak może zachwycić się przyrodą… że zboże, że biedronka, że trawy takie inne niż te, które widzi na naszej łące ją zainteresują, że będzie oczarowana równie mocno jak ja…

1

2

3

4

5

6

6

6

7

10

buszująca w zbożu.

zdarzył się…

… taki dzień 8 lat temu… 8 sierpnia…

Taki dzień nie zdarza się często, bo to dzień, który zapowiada się całkiem zwyczajnie… lato, powietrze rześkie, pachnie już nawet ciut jesienią… wieczór – jeden z tych co to człowiek nie wie co ma robić ze sobą, bo czeka… a czekanie się dłuży, okropnie się dłuży… więc zajmuje się czymkolwiek, aby czas szybciej uciekał, a te leniwe wskazówki zegara posuwały się szybciej do przodu…

Nagle jedna rozmowa, kilka zdań, w sumie nic nie znaczących, zmienia całe życie… CAŁE… wtedy jeszcze o tym nie wiem… ale wtedy wszystko się zaczęło… i to przez zupełny przypadek… ani tego nie planowałam, ba! ja tego nawet nie chciałam… ale On chciał… tak mocno, że już ósmy rok mija odkąd ten nasz 8 sierpnia trwa…

Dziękuję Ci mój cichy czytelniku i głośny komentatorze, dziękuję, że wtedy powiedziałeś: „I tak będziesz moją żoną…” bo gdyby nie Ty (mój) świat na pewno nie nabrałby tak wspaniałych kształtów…

1

2

3

4

5

6

zdarzył się…