o marcu.

Minęła połowa kwietnia, więc to chyba idealna pora na podsumowanie marca. Jak zwykle z dużym opóźnieniem podsumowanie zatem tworzę.

Marzec w tym roku był nadzwyczaj mało pogodny. Zatem zdjęć poza domem zrobiłam dosłownie kilka. Za to w domu działo się sporo. Przede wszystkim malowanie i dość dużo zmian w pokoju Małej Po. Ale że nie wszystko wygląda tak jakbym chciała to zdjęć poremontowych na razie brak.
Co jeszcze? przygotowania do świąt Wielkanocnych. Urodziny eM. Pierwsze posiady na tarasie i łapanie słońca. Ciut artystycznych działań w wykonaniu mamy i córki, a także duuużo tulipanów.

Pierwszy raz w tym roku bez kurtki (a w tle śnieg).

123

4Zdecydowanie najfajniejsze puzzle jakie mamy.

5

„Mamo chcę być motylem z jóźowymi sksydełkami!”
Się zrobiło.

6W końcu znalazłam sposób na przemycenie tych owoców, których przełknąć do tej pory nie mogła.6

Tulipany. Ulubiony i nieodłączny element marcowych przyjemności.

78A niektórzy to nawet życzenia urodzinowe pocztą wysyłają jeszcze. Miłe. Nawet bardzo.
9Mała Po namalowała tatę. Ciocia uszyła bluzę.
10Stado królików.
12Kopa jaj.

12Się pomalowało. Się różowo zrobiło.
13

A teraz małe ogłoszenie z cyklu KTOKOLWIEK WIDZIAŁ-KTOKOLWIEK WIE. Poszukuję toczonych drewnianych nóżek w stylu eklektycznym sztuk 4. Najlepiej ok. 20 cm wysokości i w cenie przystępnej dla mojego portfela ;) Może ktoś zna jakiegoś stolarza, który by mi coś takie stworzył? A może ktoś ma na zbyciu? będę wdzięczna za każde info!

o marcu.

o tym co z siebie można dać.

Kilka, kilkanaście lat temu próbowałam sobie wyobrazić jak będę wyglądać ja, jak będzie wyglądać moje życie po przekroczeniu magicznego progu z napisem 30 lat. Miałam całkiem sprecyzowany plan na życie i wydaje mi się, że całkiem sprawnie poszło mi wcielanie go w rzeczywistą postać. Kolejne punkciki, które w tym moim niezapisanym planie się pojawiły odhaczałam z radością swoim wyimaginowanym ołówkiem z roku na rok. Kilku nie odhaczyłam, zostawiam sobie je do wykonania na kolejne lata. Być może się uda, może nie. Już raczej nie planuję, bo dzisiaj wiem, że życia nie da się zaplanować od a do z. A jeszcze dziesięć lat temu tak myślałam. Byłam pewna, że jestem panią swojej sytuacji i tylko ode mnie zależy jaka ona będzie. Dzisiaj wiem jednak, że życie potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Może ze sprecyzowanego planu wykreślić najbardziej oczywiste punkty i dopisać kilka, których tu, w tym planie nie powinno być. Albo inaczej – może wyrwać z rąk nasz wykaligrafowany pięknymi równymi literkami plan i rzucić nim o ziemię tylko po to, aby go zaraz zdeptać, zniszczyć i wyrzucić, a w jego miejsce wręczyć nam byle jaki plan napisany na szybko na kolanie. Takie właśnie to życie potrafi być zaskakujące. Jednak  w moim autorskim projekcie życia drastycznych zmian nie odnotowałam. Jestem mniej więcej tu gdzie być chciałam i taka jaka chciałam.

Zatem siedzę sobie przy stole i piszę.

Mam dom. Dom stworzony w małym mieszkaniu, ale wymarzonym, własnym. Nie muszę śledzić z wypiekami na twarzy codziennych notowań franka. I to dla mnie właśnie jest spokój. I wolę ten spokój niż 20 metrów kwadratowych więcej. Nasz wybór, nasza decyzja. Uważam mimo wszystko, że jedna z lepszych chociaż kilka razy w ciągu dnia potrafię sobie zamarzyć jakby cudnie mogło być gdyby to mieszkanie chociaż jeden pokój więcej miało.
Dom tworzymy my. 2+1+pies. Marzę też, że kiedyś będzie nas więcej. I 1 zmieni się w 2 a może nawet 3. Na tę chwilę jednak to marzenie się nie może spełnić. Więc marzę sobie i dziękuję za to 1, które kocham każdą cząstką swego ciała i którego nie wymieniłabym na żadne inne. Bo chociaż kilka razy na dobę mam ochotę wysłać ją na Księżyc to wiem, że jakby już tam poleciała to po pięciu minutach uschłabym z tęsknoty.
Mam też eM, z którym już 10 lat tworzymy coś wspólnego. I to z pełną odpowiedzialnością muszę powiedzieć – to najlepsze 10 lat mojego życia! No ale muszę powiedzieć też, że ten to dopiero potrafi człowieka z równowagi wyprowadzić. Więc nie mam się co dziwić, że Mała Po tak w kość czasami dać potrafi – po kimś odziedziczyć to musiała. Jakby jednak nie było – męża mam fajnego. I to właśnie z nim chciałabym przeżyć kolejne 30, 40, a może nawet więcej lat mojego życia. To jeden z tych punktów, które warto zaplanować na dalsze lata i mocno się go trzymać.
Mam  także przyjaciół. Garstkę, ale sprawdzoną. Takich co to zadzwonią bez powodu zapytać co u mnie. Takich którzy dziesiątki km przejadą, aby zagrać z nami partyjkę chińczyka. Takich co nigdy o urodzinach i rocznicach nie zapomną chociaż mi się to zdarza często.
Mam też kilka dyplomów w szufladzie. Takich wiecie, no takich których nie wstyd pokazać dziecku jak się zapyta” mamo co to?”. To kilka lat mojej pracy, z której z perspektywy czasu mogę czuć się dumna.
Mam pasje, marzenia, mam kilka planów, które chciałabym zrealizować, ale do których nie mam zamiaru dążyć po trupach. Jestem świadoma tego kim jestem, czego chcę, a co mogę odpuścić. Wiem co jest ważne, a co jest błahostką na którą nie warto trwonić czasu. Mam swoje zdanie i potrafię go bronić do upadłego, ale nie mam zamiaru go nikomu narzucać.

Mogę powiedzieć z czystym sumieniem mam 30 lat i jestem szczęśliwa.

Bo oprócz tego wszystkiego mam też zdrowie, swoje własne, mojego dziecka i mojego męża. Nie muszę żyć ze świadomością, że nasze życie dzielimy z chorobą, która jest i która potrafi odebrać radość z każdego nawet pozornie najpiękniejszego dnia. Nie muszę myśleć, że za czas jakiś moje  dziecko będzie leżeć na stole operacyjnym, a ja pod salą będę obgryzać paznokcie. Nie muszę się martwić, że mój mąż może nie przeżyć kolejnych kilku lat albo że ja nie dożyję buntu nastolatki mojej córki. Choroby omijają nasz dom szerokim łukiem i codziennie za to dziękuję, bo wiem że zdrowie to najpiękniejsze co od życia dostać możemy. Kiedy jesteśmy zdrowi możemy mieć wszystko. Choroba burzy nawet największy spokój i harmonię.
Dlaczego teraz o tym piszę? bo już jakiś czas temu postanowiłam, że w dniu swoich 30 urodzin podzielę się tym co mam. Podzielę się z kimś kto nie ma tyle szczęścia co ja i w pewnym momencie swojego życia usłyszał diagnozę, której nikt nie chciałby usłyszeć. Zawsze bałam się igieł, wbijania ich w ciało, krwi… dlatego myśl o byciu dawcą krwi oddalałam od siebie, bo wiedziałam, że to dla mnie ciężkie by było. No ale pewnego dnia puknęłam się w czoło. „Ty stara głupia babo. Ty się igły boisz? A tyle dzieci codziennie ma wbijanych ich kilka w swoje malutkie ciałka.” Pierwszą myślą więc było, że oddam krew, ba! będę ją oddawać co jakiś czas… chociaż tyle zrobić mogę. No ale niestety szybko moje szczytne plany zostały zniweczone.
– Waga?
– 43 kg.
– Za mało.

„Jak za mało? jak ja chce coś oddać. Dać od siebie. Przeżyję te igły i tą krew w rurkach do woreczka płynącą!!!”

(Ale może Ty oddasz krew, bo w końcu do tego „dorosłeś” tak jak i ja? tutaj znajdziesz więcej informacji na ten temat)

Kolejną myślą moją był szpik. Jeśli nie krew to szpik dam. Niech znajdą mojego bliźniaka genetycznego a już ja o niego zadbam! Ale tu sytuacja znowu się powtórzyła. Chciałam zarejestrować się w bazie DKMS, ale już na samym początku okazało się, że mam za niskie BMI i niestety na chęci pomocy musi się zakończyć. Buuu…

(Miło mi jednak będzie jeśli kogoś do tego zachęcę. Może Ty możesz w moim imieniu podarować komuś cząstkę siebie? Kliknij tutaj, aby dowiedzieć się więcej)

Cóż mi pozostało? oddać komuś 1%? wpłacić na rzecz danej fundacji? To też dużo i nie umniejszam absolutnie takiej formy pomocy. Jednak ja chciałam dać coś od siebie. Nie z portfela, nie z konta. Z siebie.
Wtedy przypomniała mi się fundacja Rak’n’Roll i jej akcja Daj Włos! to było to! mam długie włosy i mogę je oddać. Wiem, że na perukę się nadają, bo sprzedawałam je już dwa razy. Zatem postanowione. Oddam swój warkocz. Tu waga ani BMI nie mają znaczenia. Chcę to oddaję. I tak oto zmieniając kod z 2 na 3 zmieniłam też fryzurę z 50 cm na 3 cm ;) i wiecie co? dobrze mi z tym!

 123Zachęcam do tego wszystkie długowłose piękności! satysfakcja gwarantowana!

Jednak to nie jedyna zmiana jaka nastąpiła w moim wyglądzie. Bo planuję jeszcze jedną równie drastyczną. Taką o której marzyłam bardzo długo, a wciąż odwagi było mi brak… taki prezent na urodziny zafundował mi mój mąż. Moje marzenie spełni się 1 maja ;)

4

o tym co z siebie można dać.

o naszych wielkanocnych dniach zamkniętych w kadrach.

No cóż. Pogoda do wymarzonych nie należała. I prawda jest taka, że to ona rozdawała karty podczas świąt. Śnieg padał, roztapiał się, padał, leżał… Było szaro-buro,  a co za tym idzie ochota na jakiekolwiek spacery równała się zero. Zatem czas spędziliśmy bardzo domowo, wyjścia na zewnątrz ograniczyły się tylko do tych z serii „jak mus to mus”.
Nie lubię takiej Wielkanocy. No nie lubię i już. Na inną czekałam. Słońca chciałam, takiego które da kopa i energię do działania. Temperatura powyżej 15 stopni mi się marzyła. Kwiaty, zieleń i wiosna. A dostaliśmy piękną zimową aurę, w której nijak odnaleźć się nie potrafiłam. Odpuściłam więc pucowanie okien, odpuściłam generalne porządki wewnątrz, a na taras nawet nie wyszłam, aby go ogarnąć… Swoją drogą jak to pogoda potrafi wszystko zepsuć, nie? przecież podobna aura w grudniu powodowałaby euforię nie do opisania ;). No ale w kwietniu już nie przystoi zupełnie. Zatem nie było planów jakichś wielkich, na żywioł poszliśmy w kwestii planowania wolnego czasu, który był nam dany. Efekt jest taki, że w poniedziałek udało mi się nawet uciąć małą drzemkę w ciągu dnia co nie zdarza mi się wcale…

Było więc rodzinnie, domowo, bez spiny i nadęcia, leniwie wręcz.
Wszystkie tradycje jednak zachowane – bo i jajek malowanie się odbyło i prezentów rzuconych w śnieg przez zająca także miejsce miało ;)

1

SONY DSC345678910111213141516171819202123242526

Taka to była Wielkanoc 2015. A teraz już o wiosnę proszę. Ładnie proszę.

o naszych wielkanocnych dniach zamkniętych w kadrach.