o tym, że lubię lecieć w kulki, czyli o miłości do cotton lights.

Wakacje.
Naprawdę je czuję, chociaż przecież mnie nie dotyczą. Ba! powiedziałabym nawet, że nie będą mi dane w tym miesiącu, bo lipiec zapowiada się mi mocno pracowity. (wkrótce pokażę nad czym tak pilnie się teraz pochylam)
Ale jednak ten wakacyjny klimat w powietrzu czuć. Dzieci jakby teraz więcej na świecie, powietrze pachnie skoszoną trawą, a wieczory są takie długie.
Ja aby wczuć się w tę wakacyjną sielankę od kilku dni pracuję na tarasie. Wynoszę mój cały przenośny warsztat i nawet nie wiem kiedy czas mija. Nie ma nic przyjemniejszego niż praca w takich okolicznościach. Śpiewają mi ptaki, słońce przyjemnie grzeje, a zieleń która się wokół wprowadza mnie w świetny nastrój. Polecam każdemu!

Nie oznacza to jednak, że w domu w tym czasie się nic nie dzieje, bo ja nie byłabym sobą gdybym czegoś nie zmieniła, nie dodała, nie przestawiła. Ostatnio poczyniłam parę zakupów, które wniosły ciut świeżego oddechu do naszego mieszkania.
Pierwszy zakup pokażę Wam dzisiaj.

Cotton lights. Znają je chyba wszyscy. Ja swoje pierwsze świecące kulki kupiłam dość dawno temu, bo jakieś 4 lata temu. Mała Po miała wtedy kilka miesięcy i to był zakup głównie dla niej. Nie były wtedy łatwo dostępne, więc co za tym idzie ich cena do niskich nie należała. (dziękuję Ci mężu, że nie zagroziłeś wtedy rozwodem kiedy ujrzałeś paragon!)
Jednak zauroczyły mnie bardzo mocno i nigdy nie żałowałam wydanych na nie pieniędzy. No i co jest ważne, Mała Po pokochała je od razu i potrafiła wieczorem spędzić długie minuty wpatrując się w nie. A wiecie co to dla matki znaczy? no właśnie. Chwila spokoju nie ma swojej ceny.

Niestety ten komplet kulek przeżył dużo i kilka miesięcy temu zakończył swój żywot. Próby reanimacji nic nie dały i musieliśmy się z kulkami pożegnać.
Od razu postanowiłam więc że kupię następne, ale tym razem dla siebie. Mała Po przywłaszczyła sobie moją lampkę nocną, bo „przy niej się tak dobrze czyta…” (no co ty nie powiesz? też to zauważyłaś?), więc ja bardzo egoistycznie postanowiłam, że kulki będą moje i tylko moje. Dlatego zamówiłam sobie komplet w szarościach, które są mi najbliższe.

I możecie mówić co chcecie, że to tylko sznur z lampkami, takimi prawie jak na choinkę, że to kilka bawełnianych kulek. Nic wielkiego. No niby nic. Ale wieczorem potrafią wprowadzić do mieszkania taką magię, że żadna lama z nimi się równać nie może. A i w dzień cieszą oko swoim wyglądem.

1234568W zachłanności swej jednak zamówiłam dwa identyczne zestawy. Myśląc, że więcej będzie ładniej wyglądać. Po zamontowaniu kulek w ich docelowym miejscu stwierdziłam jednak, jak nie od dziś wiadomo, że mniej znaczy więcej. No i zostały mi nowiuteńkie kulki. Jeżeli ktoś jest zainteresowany ich zakupem to zapraszam na moją Wyprzedaż Garażową. Chętnie się ich pozbędę, bo Mała Po teraz też chce swoje, a szarości nijak u niej nie zagrają.

A jeśli lubicie posty z  serii „co jeszcze sobie kupiłam” to zapraszam jutro ;) Opowiem tym razem o tym jak zaoszczędziłam kilkaset zł i spełniłam kolejne swe marzenie :)

Reklamy
o tym, że lubię lecieć w kulki, czyli o miłości do cotton lights.

2 uwagi do wpisu “o tym, że lubię lecieć w kulki, czyli o miłości do cotton lights.

  1. inessa pisze:

    Jak mi sie u Ciebie podoba i to za każdym razem, za każda zmiana, która wprowadzasz 😄 a ze fotki strzelasz cudne to już wiesz 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s