o trudnych rozmowach w okolicach listopada.

Temat śmierci będzie poruszony w najbliższych dniach pewnie niejednokrotnie. I o ile rozmowy o śmierci w gronie dorosłych nie są niczym nadzwyczajnym o tyle z dziećmi o śmierci rozmawia się rzadko. Czy tak powinno być? czy dzieciom powinno się smutne i trudne tematy dozować albo je omijać? czy dzieci powinno oswajać się ze śmiercią?
Nie wiem. Nie przeczytałam poradników mądrych psychologów. Nie radziłam się nikogo. Robiłam tak jak podpowiadało mi serce. I dzisiaj wiem, że to co robiłam przez 4 lata sprawdziło się, bo kiedy moja córka spotkała się ze śmiercią naocznie wiedziała z czym ma do czynienia i dużo łatwiej było mi z nią rozmawiać…

Co zatem robiłam?
Gdy Mała Po miała dwa miesiące zmarła jej Prababcia. Oczywiście, że nie pamięta pogrzebu, nie wie co się wtedy działo. Jednak pamięta, że od zawsze (od jej zawsze) chodzimy zapalić na grób babci znicz. Wie czym jest cmentarz, wie że w grobie leży ciało Babci. Wszystko to wie, bo przy okazji tych wizyt dużo rozmawiałyśmy, nie zbywałam jej pytań tylko odpowiadałam tak, aby umiała to sobie poukładać w swojej małej główce.
I wiem, że sobie ułożyła, bo nie raz o Babcię pyta, niejednokrotnie patrzy w Niebo i pokazuje mi na której chmurce Babcia siedzi.

Kiedy umarł jej Dziadek była pierwszą osobą, która się o tym dowiedziała. W momencie, gdy odebrałam telefon ze szpitala byłyśmy same w domu. Od razu zapytała co się stało, a ja po prostu powiedziałam „Dziadek umarł…” Nie było wtedy czasu na przygotowanie jej na taką sytuację, ale wtedy, w tamtym momencie zrozumiała wszystko…

Nie znaczy to, że potem nie rozmawiałyśmy o tym. Bo rozmawiamy prawie codziennie. Często Dziadka wspomina, często o nim mówi. Wszak to był ten Dziadek, z którym chodziła karmić kaczki, z którym grywała w domino i który był najbardziej cierpliwym widzem jej tanecznych występów. Był każdego dnia. I nagle wszystko się zmieniło.
Jak sobie z tym radzi? wydaje mi się, że całkiem dobrze. Czasami chyba lepiej niż ja sama. Bo potrafi mnie rozwalić na tysiące małych kawałeczków np. takim pytaniem:
„Mamo a jak ja już będę mieć swoje dzieci to co ja im o Dziadku opowiem? co ja będę pamiętać?”

Kiedy zbiorę do kupy te nasze ostatnie trudne doświadczenia wiem, że dobrze zrobiłam oswajając Małą Po z tematem śmierci. Z trudnym tematem, który czasami lepiej byłoby owinąć milczeniem i odłożyć na półkę KIEDYŚ. Tylko, że KIEDYŚ może być za późno… bo ja nigdy przecież nie zakładałam scenariusza, że Moje Dziecko będzie tak blisko śmierci…

Zachęcam więc do rozmów z dziećmi. Nie wprost, ale przy okazji. Najbliższe dni na pewno mogą w tym pomóc. Wytłumaczmy dzieciom po co na cmentarz idziemy, kto leży w grobie, opowiedzmy o tych osobach ciut więcej, wspólnie obejrzyjmy zdjęcia…

Znalazłam dwie książki, które mogą być także dobrym początkiem do rozmowy o przemijaniu. Temat śmierci w dziecięcej literaturze jest  raczej omijany. W tych książkach się pojawia i wcale nie tak przy okazji.

1

CHUSTA BABCI – prawie cała o śmierci, chociaż dziecko może mieć zupełnie inne wrażenie. Wg mnie idealna lektura na pierwsze listopadowe dni.

234WIGILIA MAŁGORZATY – książka raczej o samotności, ale przy okazji mowa w niej także o śmierci. Mały fragment, a może wiele dziecku uświadomić.

567

o trudnych rozmowach w okolicach listopada.

O tym jak kupić marimekko i zaoszczędzić kilkaset złotych.

Ten wpis miał się pojawić już dawno temu. Ale jakoś tak odłożyłam go na plan dalszy i zapomniałam całkowicie o zdjęciach, które specjalnie któregoś letniego dnia zrobiłam. Jednak w ubiegłą niedzielę odbył się u nas w domu mały zlot czarownic czyli babskie spotkanie na szczycie podczas którego zostały pochwalone moje zasłony. No niby nic. Bo przecież od czasu do czasu zdarza mi się usłyszeć „ale masz fajne mieszkanko!”, albo „no fajną masz tę łazienkę/kuchnię/stół/krzesła/poduszki (niepotrzebne skreślić)”. ”
Ale kiedy padło „jakie masz fajne zasłony!” to uniosłam się kilka cm nad ziemię, bo to jest po prostu moja duma ostatnich miesięcy, łup roku, a może nawet kilku lat. No jednym słowem trafiły mi się one jak ślepej kurze ziarno.

Ale po kolei. Mówiłam już kiedyś, że uwielbiam lumpexy i targi staroci? No mówiłam! a jakże! Nawet o tym pisałam o tu, tu – wskazuje paluszkiem, aby nie być gołosłowną.
No i właśnie w takim to przybytku zauważyłam wystające niedbale z kosza maki. No nie! nie zwykłe takie. Ale maki marimekko. Biegnę tak czem prędzej w obawie, że mi ktoś zgarnie je z przed nosa. Podbiegam. Patrzę. Zasłonka prysznicowa. Nosz kurde! kocham maki, kocham marimekko no ale do diaska po co mi zasłonka prysznicowa jak mam parawan szklany nad wanną? nosz przecież jak wrócę z tą zasłonką do domu i powiem „demontujemy parawan, bo marimmeko znalazłam i MUSI tu zawisnąć” to albo rozwód będzie albo bezdomna zostanę albo w najlepszym wypadku mój mąż zdemontuje ten parawan i do końca życia się do mnie nie odezwie.
Brać czy nie brać zatem? myślę, że każdy kto tę zasłonkę miał przede mną w rękach miał też podobne dylematy. I każdy (oprócz mnie oczywiście) zasłonkę zostawiał w świętym spokoju. Ja wzięłam. No bo jak nie wziąć marimekko za 14 zł czy coś koło tego? no jak? toż to świętokradztwo by było.

Wyglądała jak ta, z tego sklepu. Dokładnie tak samo. Nawet stopień jej zużycia był porównywalny. Tylko cena inna. Dużo bardziej inna.

Przyniosłam. Pomyślałam. Podumałam. Zrobię z niej zasłony na okno. Przetniemy na pół. Odetniemy kółka. Doszyjemy tunel, który pozwoli dopasować długość zasłon do wielkości okien i będzie cud, miód i orzeszki. Zasłonka, więc pojechała do mojej siostry z przykazem – strzec jak oka w głowie, nie zniszczyć i dokładnie trzymać się instrukcji. Tam przez kilka miesięcy zasłonka nabierała mocy urzędowej. Ale jak już nabrała to wróciła w pełnym rozkwicie ;) no po prostu rozpłynęłam się po zawieszeniu zasłon… ach!

(wiem, że nie każdy zachwyt mój może podzielać, no ale i tak Wam je pokażę :))

1234Pewnie zauważyliście, że na ścianie też mam te maki (niestety nie były kupione w tak atrakcyjnej ofercie ;)). Zakochana bezgranicznie w tym wzorze chciałam je koniecznie mieć w kuchni. Chociaż bałam się okrutnie, że ten graficzny wzór opatrzy mi się po paru miesiącach i co wtedy? Zaryzykowałam. I wiecie co? nigdy, ani przez chwilę nie myślałam, żeby tę tapetę wymienić. I dziwne jest to dla mnie o tyle, że ja zmiany lubię ogromnie. Co rusz coś bym zmieniła. Oprócz tej tapety. Tylko na nią mogę patrzeć i nie nudzi mi się wcale.
Te maki mają moc! naprawdę!
Sami chyba rozumiecie teraz dlaczego tę zasłonkę prysznicową musiałam przynieść do domu, nie?

A żeby było ciekawiej to w tamtym roku będąc w Niemczech trafiliśmy pod firmowy sklep marimekko. Do tej pory nie mogę przeżyć tego, że była akurat niedziela i sklep był zamknięty ;) nacieszyłam oczy oglądając wystawę i tyle mojego było… Może jednak jeszcze kiedyś tam trafię, a drzwi się przed nami otworzą. Dlatego już teraz idę zbierać zaskórniaki na te przyszłe zakupy ;)

5 6A gdybyście kiedyś znaleźli te maki w korzystnej promocji to dajcie mi znać ;)

O tym jak kupić marimekko i zaoszczędzić kilkaset złotych.

o DEJA VUE w jesiennej odsłonie.

Uwielbiam wyzwania. Uwielbiam. One pozwalają nie stać w miejscu, działać, rozwijać się… zawsze coś dobrego z nich wynika…
Dlatego lubię stawiać sobie poprzeczkę wysoko. A jeszcze bardziej lubię jak ktoś mi ją postawi wierząc, że podołam… bo wtedy i ego własne miło połaskotane i samozaparcie większe, bo wstyd się poddać…

Tak było tym razem.
Ja chyba nigdy nie odważyłabym się wyjść z propozycją pt. udekoruję Ci kawiarnię. Bo i owszem – tworzę wiele, ale na skalę maleńką. Nie dla szerokiej publiczności ;) nie dla takiego grona odbiorców…

Jakiś tam strach był, czy podołam, czy się uda, czy się spodoba, czy wyjdzie tak jak ja to w głowie swojej widziałam.  Jednak ekscytacja związana z powierzonym mi zadaniem zwyciężyła i tak oto mogę dzisiaj powiedzieć:
UDAŁO SIĘ!

Pokazuję Wam dzisiaj zatem najprzyjemniejszą kawiarnię w Nowym Targu z najpyszniejszą gorącą czekoladą jaką piłam. Dzisiaj DEJA VUE w odsłonie jesiennej, którą miałam zaszczyt stworzyć :)

1234567891011 121314161718192021

 

o DEJA VUE w jesiennej odsłonie.